Wieżowce (Polak Sidney)

Znów wieżowce wyrastają tu i liżą watę z chmur, jak wiór suche gardło pali a ja mam tego dość, w radiu nadają złość, na pół dzielę każde słowo, a z satelity widza mnie jak robię sobie jeść, a na dole miasto skwar i ruch, sucha kąpiel, do której nie chce wejść. To ja, wesoły miejski bar To ja, krzywych chodników czar To ja, noszony w reklamówkach czas To ja, zgaszonych papierosów las Całe szczęście w mojej lodowce lód, roztapia czasem bród, a sznur kapiącymi t-shirtami gnie się, płacz wycierać musze znów, ten kurz wdziera się do ust, kolejnej coli łyk rozpuszcza we mnie moje dni, biorę głębszy oddech i wychodzę znów, poszukać ciebie wśród tych głów.